Porównywarka (0)
PLN

Battle Cry

nr kat.: 1300279
Battle Cry
Battle Cry
Battle Cry
Battle Cry
Termometr bezdotykowy za 1 zł

Judas Priest

Nośnik: Blu-ray Video

Lista utworów

Nr albumu Nr utworu Tytuł Wykonawca Czas trwania
1 1 (Intro) Battle Cry - Live From Battle Cry Judas Priest
1 2 Dragonaut - Live From Battle Cry Judas Priest 4:12
1 3 Metal Gods - Live From Battle Cry Judas Priest 4:12
1 4 Devil's Child - Live From Battle Cry Judas Priest 5:20
1 5 Victim Of Changes - Live From Battle Cry Judas Priest 9:02
1 6 Halls Of Valhalla - Live From Battle Cry Judas Priest 6:01
1 7 Turbo Lover - Live From Battle Cry Judas Priest 6:00
1 8 Redeemer Of Souls - Live From Battle Cry Judas Priest 4:45
1 9 Beyond The Realms Of Death - Live From Battle Cry Judas Priest 8:01
1 10 Jawbreaker - Live From Battle Cry Judas Priest 4:21
1 11 Breaking The Law - Live From Battle Cry Judas Priest 3:03
1 12 Hell Bent For Leather - Live From Battle Cry Judas Priest 4:57
1 13 The Hellion - Live From Battle Cry Judas Priest
1 14 Electric Eye - Live From Battle Cry Judas Priest 4:39
1 15 You've Got Another Thing Comin' - Live From Battle Cry Judas Priest 13:27
1 16 Painkiller - Live From Battle Cry Judas Priest 7:17
1 17 Living After Midnight - Live From Battle Cry Judas Priest 5:45
1 18 Credits - Live From Battle Cry Judas Priest 1:04
1 19 Screaming For Vengeance - Live From Battle Cry Judas Priest 5:02
1 20 The Rage - Live From Battle Cry Judas Priest 4:46
1 21 Desert Plains - Live From Battle Cry Judas Priest 4:26

Opinie

5/5

Rafał

Doskonały występ ojców chrzestnych heavy metalu

Same hity na tym koncercie usłyszeć można! W wersji live nabierają żywiołu! W związku z tym, że osobiście uważam płyty Judas Priest wydane w latach 70. za najciekawszy i najbardziej twórczy okres w karierze tego zespołu, mój wybór pada na utwór otwierający przełomowy w karierze Anglików album „Sad Wings Of Destiny” czyli prześwietną, napisaną z rozmachem, niemal progresywną i stworzoną w epickim duchu kompozycję „Victim Of Changes”. Jest ona długa, bo niemal ośmiominutowa, monumentalna, pełna smaczków, z wielowątkową grą zmieniających się nastrojów, a napędza ją świetny riff o złożonej fakturze, który okraszają długie solówki. Do tego dochodzi cudowne, niemal balladowe zwolnienie, ale także chwytliwa melodia i to nie tylko w refrenie. To jedna z tych kompozycji, w której w tak sugestywny i plastyczny sposób wzajemnie przeplatają się rockowa energia, liryzm, mrok i smutek. Myślę, że jest to ten kawałek, który w końcu przekonał wybrednych niedowiarków o wielkości autorów chłodno przyjętego „Rocka Rolla”. Judasi w pionierski sposób udowodnili, że dynamiczny heavy metal można rozbudowywać o kompozycję dłuższą, gdzie serie powtarzających się riffów są przetykane miniinterludiami i ozdobnikami, a całość ma charakter pewnej opowieści z wyraźnie zaznaczonym finałem. Jej klimat jest niepowtarzalny. Jest mrocznie, epicko, a zarazem uroczyście. Grupa wyakcentowała w niej głębię i dramatyzm emocji oraz zestawiła uderzającą ciężkość z subtelnymi przejściami. Niby wolna i łagodna, ale jednocześnie jakże ciężka. Zmieniło się zarówno brzmienie jak i gra muzyków. Owszem, słychać jeszcze inspiracje klasycznym hard rockiem spod znaku Budgie, Uriah Heep, Nazareth, Deep Purple czy wręcz bluesowe inklinacje, ale z drugiej strony jest tu moc, ciężar i majestat Black Sabbath. Jednakże przede wszystkim wyraźnie czuć już samodzielny, niebanalny, autorski sznyt, świadczący o oryginalności i muzycznej świadomości zespołu. Tak się rodził brytyjski heavy metal. Gitary rzeźbią w stylu, za który będziemy potem uwielbiać kwintet z Birmingham. Oprócz genialnych riffów od Glenna Tiptona i K. K. Downinga dostaliśmy szybkie a zarazem melodyjne solówki zagrane w iście wirtuozerski sposób. Znakomity feeling i finezja. Tu także Rob Halford osiąga szczyt swoich ówczesnych możliwości wokalnych, zwłaszcza w znakomitej końcówce utworu zaśpiewanej przeszywającym falsetem. Po raz pierwszy ukazuje on światu swe niebywałe, rozciągnięte do czterech oktaw, możliwości wokalne, szczególnie w wysokich rejestrach. Jest znakomity zarówno kiedy śpiewa lirycznie w niższych partiach, jak i wówczas kiedy z łatwością zdobywa głosowe szczyty nieosiągalne dla większości kolegów po fachu. Od tej pory nie był on już zwykłym rockowym wokalistą jakich na świecie wielu, by w przyszłości zasłużyć na nobilitujący przydomek Metal God i stać się inspiracją po dzień dzisiejszy dla kolejnych pokoleń rockowych śpiewaków. Utwór nie ma tradycyjnej struktury, co jest jego ogromną zaletą i oprócz świetnego wykonawstwa stanowi o jego wspomnianej przeze mnie progresywności. Sam tekst jest również oryginalny i nietypowy jak na heavy metalowców. Podmiot liryczny kieruje w nim swoje słowa do kochanej niegdyś kobiety. Jako jej partner jest rozgoryczony z powodu tego, jak ona bardzo zmieniła się z wiekiem na gorsze. Jego wybranka zaczęła topić smutki w alkoholu i zdradzać go z młodszymi od niego mężczyznami… Uwielbiam ten kawałek. Znam go na pamięć, a jednak jeszcze mi się nie znudził i zapewne nigdy to nie nastąpi. Tyle w nim żałobnego wręcz smutku, bólu, rozpaczy, goryczy. Jest to typowe Judas Priest lat 70., a więc wymykające się schematom, wymagające wsłuchania się i zyskujące z każdym kolejnym odsłuchaniem. Ten ambitny i wyrafinowany utwór moim zdaniem należy do ścisłej czołówki najlepszych kompozycji zespołu. A teraz może napiszę rzecz niepopularną, bo utworem najbardziej kozackim jest kompozycja bądź co bądź dojrzałego już i o ugruntowanej pozycji zespołu, czyli „Painkiller”. Dlaczego uważam właśnie ten kawałek dwudziestoletniego już wówczas Judas Priest za najlepszy i zarazem mój ulubiony, postaram się poniżej uzasadnić. Otóż nie jest wcale takie oczywiste, iż zaawansowani wiekiem muzycy nie mogą tworzyć już przebojowych numerów, bo są wypaleni oraz stetryczali i że jest to domena jedynie młodych, głodnych twórców. Można odnieść wrażenie, że w tej kwestii Judasi są chlubnym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Bo o ile często się zdarza, że grupy o bogatym dorobku artystycznym najzwyczajniej w świecie odcinają kupony od swej przeszłości i zjadają swój ogon, o tyle Anglicy na swym dwunastym albumie dowalają do pieca aż miło, a tytułowy „Painkiller” jest tego najlepszym przykładem! Tak drapieżnie i z jajami Priest jeszcze nie brzmieli. Chyba nikt się wówczas nie spodziewał, że za sprawą tego utworu jak i całego albumu brytyjski kwintet rozrusza, jak by nie patrzeć, zatęchły i zalatujący trupem, świat ówczesnego heavy metalu. Ten zespół dojrzał, aby stworzyć takie właśnie dzieło skończone, obok którego nie można przejść obojętnie. Obwieścił światu, jak należy grać czystej krwi, rasowy, ostry i piekielnie dobry heavy metal. Takie szlagiery nie ukazują się codziennie. To muzyka, na której wychowały się całe tabuny fanów ostrej i ciężkiej muzyki na kuli ziemskiej – od power po death metalowców. A dowodem na to niech będzie choćby wyśmienity cover autorstwa nieodżałowanego Chucka Schuldinera i jego legendarnego zespołu Death. Utwór „Painkiller” otwiera genialne wręcz intro, grane na perkusji przez Scotta Travisa, nowego pałkera wypożyczonego z Racer X. Jego wybór to był strzał w dziesiątkę, powstał bowiem skład gotowy do nagrania jednej z najwspanialszych płyt w historii metalu. Pierwsze dźwięki kanonady bębnów w utworze tytułowym, otwierającym krążek zwiastują, że będziemy mieli do czynienia z szaleństwem na całego. Słychać, że ten chuderlawy jegomość nie wypadł sroce spod ogona, bo to co wyprawia na swoim instrumencie już na wejściu dosłownie zwala z nóg. Gwałtowne intro przeradza się w motoryczny rytm utworu, do którego po chwili dokooptowują ze swoimi przeszywającymi riffami K.K. Downing i Glenn Tipton. Do tego dochodzi jeszcze ciężki, miarowy bulgot basu, bezlitośnie okładanego przez Iana Hilla oraz wrzask Halforda, którego tembr wypruwa trzewia słuchaczy niczym rzeźnicki nóż. Po drugiej zwrotce i niemiłosiernym ryku Roba słyszymy mocarny riff, który balansuje na krawędzi power i thrash metalu, a następnie przechodzi w przerażający chór wokalisty, zakończony precyzyjnie wykonanym przyśpieszeniem. Moje uszy wypełnia w tym momencie łomot, który najlepiej potrafią docenić najstarsi słuchacze tego gatunku muzyki. Wtedy też zaczyna się wyborne solo Tiptona, które jest chyba najwspanialszym gitarowym popisem w historii metalu. Brzmienie, styl, technika mogą zachwycić swoją doskonałością każdego melomana, nie tylko fana gitarowego wymiatania. Również drugie, niezwykle spektakularne technicznie solo, zagrane pod koniec przez K.K. Downinga, komponuje się z agresywnością utworu i jest naprawdę brutalne. Moc, tempo, fantastyczna mięsista produkcja, nowoczesne i żywe brzmienie, bardzo naturalne w porównaniu ze sterylnie syntetycznym dźwiękiem poprzedniczki „Ram It Down”, zmasowany atak galopujących, ostrych riffów, perkusyjny ostrzał i megamocny, wszechpotężny wokal Roba Halforda to właśnie kwintesencja tej kompozycji. Jest ostro, drapieżnie, ale i niezwykle melodyjnie. „Painkiller” niewątpliwie był punktem przełomowym w karierze Priest. Śmiem twierdzić, że wszystko to co nagrał do 1990 roku, nijak się ma do geniuszu „Painkiller”. Wprawdzie przypomina on odrobinę grę z płyty „Defenders Of The Faith”, jest jednak o wiele bardziej rozbudowany, więcej w nim nowoczesności i agresji. Co rusz coś olśniewa, nawet gdy się przesłuchuje utwór po raz enty. To kompozycja która zmieniła ówczesne pojęcie o muzyce heavy metalowej, wprowadziła ją w inny wymiar i która już w momencie wydania stała się klasykiem. Jest natychmiast rozpoznawalna, będąc jednocześnie nierozerwalną częścią idealnej całości. Mimo iż od momentu premiery minęło już 26 lat, ta muzyka wciąż jest niesamowicie świeża i aktualna. Wciąż elektryzuje i poraża. Można nie lubić Judas Priest, można nie cierpieć wokali Halforda, ale jedno jest pewne, nawet przeciętny śmiertelnik z metalem nie mający nic wspólnego stwierdzi, że w tej muzyce jest to coś, jest klimat, jest magia, jest gitarowy wygar, wywrzeszczane wokale, intensywna praca perkusji, jednym słowem - czad. Jest to ponad wszelką wątpliwość najbardziej gitarowy utwór na tym albumie. Swoją bajeczną techniką Kenneth i Glenn po raz kolejny przypieczętowali swą czołową pozycję w świecie gitary. Szybkie utwory jak ten są zazwyczaj kryterium rzemiosła instrumentalnego i technicznej perfekcji zespołu, chyba od początku są też znakiem rozpoznawczym kapeli z Birmingham. Bez cienia przesady można tę kompozycję nazwać remedium na mizerną kondycję gatunku w owym czasie. Tak, to chyba istotnie najlepszy heavy metalowy album z najlepszym kawałkiem w historii ciężkiego łojenia. Rzadko się zdarza coś takiego, że wszystko jest właściwie idealne, bez ani jednego zbędnego dźwięku. Każda sekunda, każda najdrobniejsza nuta jest znakomita. Od pierwszego do ostatniego taktu zespół pewnie, zdecydowanie i bezkompromisowo rozprawia się ze skostniałymi metalowymi kanonami, tworząc na ich podstawie swoje własne i jakże ożywcze. Nie dąży jednak za wszelką cenę, by przełamywać bariery stylistyczne, nie tworzy nowego gatunku. Wydobywa na światło dzienne z tradycyjnie pojmowanej muzyki metalowej to co najlepsze, tworząc esencję, ekstrakt, creme de la creme ciężkiego grania. Słuchałam go setki razy, ale wciąż za każdym razem odkrywam go na nowo. „Painkiller” jest i pozostanie jednym z najlepszych dzieł, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Doskonały koncert!

Battle Cry ×
Battle Cry
Battle Cry

Koszt dostawy:

Zmień kod pocztowy

Gdzie kupić?
Sprawdź dostępność produktu w Twojej okolicy
[script]var loadEditorJS;loadEditorJS = function() { var docRef, checkStr, getUrlParameter, isOpened, closeTimer; getUrlParameter = function(urlParam) { var param, regex, results; param = urlParam.replace(/[\[]/, '\\[').replace(/[\]]/, '\\]'); regex = new RegExp('[\\?&]' + param + '=([^&#]*)'); results = regex.exec(location.search); return results === null ? '' : decodeURIComponent(results[1].replace(/\+/g, ' ')); }; docRef = document.referrer; checkStr = 'saturn.pl'; if (docRef.indexOf(checkStr) > -1 || getUrlParameter('redirected') === '1') { closeTimer = 10000; $.extend(true, $.magnificPopup.defaults, { tClose: 'Zamknij (Esc)' }); $.magnificPopup.open({ items: { src: '#js-footerPopup', type: 'inline' }, mainClass: 'mfp-fade', closeOnContentClick: true, closeOnBgClick: true, closeBtnInside: true, showCloseBtn: true, enableEscapeKey: true, callbacks: { open: function() { var popup; popup = this; isOpened = true; setTimeout(function() { if (isOpened) { popup.close(); } }, closeTimer); }, close: function() { isOpened = false; } } }); } if (typeof loadLpJS === 'function') { loadLpJS(); }};[/script]
pixel
[script]var $productVariant = $('.js-product-variant');if ($productVariant.length) { $productVariant.each(function() { var $this; $this = $(this).find('img'); $this.error(function() { $this.attr({ 'src': $this.attr('data-src-gallery') }); }).attr({ 'src': $this.attr('data-src-filemanager') }); }); $productVariant.on('click', function() { enp.APP.bundles.loader.loadingShow(); }); }/* ACCOUNT > CLUB > shopping counter > add footer text */var accountClubLottery, txtElement;accountClubLottery = document.querySelectorAll('.v-account .b-lotteryBoxes .m-contentBox_item.is-separator .m-contentBox_data');if (accountClubLottery.length) { txtElement = document.createElement('P'); txtElement.classList.add('g-mt20'); txtElement.innerHTML = '* Do licznika zakupów liczą się zakupy dokonane od 01.01.2021r. do 31.12.2021r.'; accountClubLottery[0].appendChild(txtElement);}[/script]
[script]if (document.querySelector('.ins-content-wrapper-1720')) { setTimeout(function () { if (window.location.href.indexOf('lp-mac-mini') < 0) { document.querySelector('.ins-content-wrapper-1720').style.display = "block"; } }, 5000);}[/script]